Księgarka = księg(owa) + (pis)arka,
czyli księgowa, która napisała książkę.
Księgowe nie są nudne.
To nie są kobiety, które tylko „dziergają” tabele excelowskie, przekładają segregatory z fakturami i tworzą czarne listy z nierokującymi klientami. Księgowe mają specyficzne predyspozycje pozwalające im postrzegać świat holistycznie i duchowo, a nie tylko pragmatycznie i liczbowo.
Tak – czasami muszą wyjść z siebie, by zrozumieć abstrakcyjną wizję klienta („wędrówki dusz”).
Tak – czasami medytują nad bilansem (afirmacje).
Bilans księgowy = balans życiowy (koherencja serca i umysłu).
Jeśli coś do firmy (czyli do życia) wpłynęło, to musi zostać zaksięgowane na co najmniej dwóch kontach (winien–ma, czyli zapis równoległy). Dostajesz lekcję – wyciągnij wnioski.
Podobnie z wydatkami. Nawet jeśli coś ofiarujesz – jak darowiznę – to i tak jest to dla ciebie koszt. Zapis zostaje, zarówno w bilansie, jak i w sercu.
No i nie można zapominać o źródłach finansowania. Przed każdą inwestycją – również tą najważniejszą, jaką jest relacja – warto sprawdzić, skąd bierzemy środki. Czy mamy zasoby własne, czyli oszczędności, które płyną z naszej wartości? Czy raczej zaciągamy kredyt – pokładając nadzieję w kimś z zewnątrz, licząc, że jakoś się ułoży i że znajdą się środki na spłatę.
Księgowa doskonale wie, że zarówno każda transakcja, jak i myśl, słowo, działanie – ma swój skutek. Pozostawia nie tylko ślad na wyciągu bankowym, ale i w głowie, sercu, polu.
Księgowa to Sherlock Holmes w spódnicy, świetnie łączy kropki i prowadzi dochodzenie, bo historia jednej transakcji może być zapisana na wielu rachunkach rozliczeniowych firmy…
A jeśli taka księgowa pisze książkę?
To możesz być pewien, że znajdziesz w niej coś więcej niż tylko „rachunek zysków i strat”. To opowieść o odszumianiu. O drodze bliżej środka.