
Można być obok kogoś na wyciągnięcie ręki, a mimo to tęsknić tak, jakby dzieliły nas kilometry.
Czy zastanawialiście się kiedyś, gdzie w przestrzeni naszego ciała i pola przechowujemy drugiego człowieka?
W głowie? – w postaci wyraźnego obrazu, który można przywołać jak zdjęcie w albumie.
W zmysłach? – jako echo dotyku, ciepło dłoni, zapach skóry, brzmienie głosu, które potrafi wrócić nawet po latach.
W polu? – w subtelnej wibracji, która kiedyś współbrzmiała z naszą, a teraz odzywa się czasem niespodziewanie, jak nuta dawno słyszanej melodii.
A może tęsknota jest hybrydą, pakietem wszystkiego naraz – jak „bundle sale” duszy: obraz + zapach + dźwięk + drżenie pola.
Czy można czuć obecność w nieobecności?
Tak.
Bo obecność nie zawsze jest o ciele, a nieobecność nie zawsze oznacza brak.
Bywa, że w polu czujemy kogoś mocniej, gdy jest fizycznie daleko, niż wtedy, gdy siedzi obok – bo wtedy łączy nas czysta esencja relacji, pozbawiona codziennych szumów.
Ale bywa też odwrotnie.
Żyjemy w tej samej przestrzeni, dzielimy kuchnię, łóżko, balkon… a jednak mentalnie jesteśmy poza pamięcią o tej drugiej osobie.
Rozmowy stają się logistyką, spojrzenia – rutyną, a cisza nie jest już milczeniem w zrozumieniu, tylko brakiem pytań.
Obecność bez współdzielenia potrafi być więzieniem.
Możemy siedzieć obok kogoś i tęsknić – nie za nim, ale za wyobrażeniem o nim, które kiedyś nosiliśmy w sercu.
I wtedy tęsknota nie jest o dystansie geograficznym, lecz o odległości, która wyrosła pomiędzy nami w środku. Bo obecność w nieobecności to nie tylko wspomnienie – to też sztuka pozwolenia sobie, by pamięć była darem, a nie kotwicą.
Pisząc o tym, chcę dać przestrzeń, w której możesz oddychać zarówno pamięcią, jak i wolnością, niekoniecznie tęsknotą.
